czwartek, 4 sierpnia 2016

- 2 -

Obudziłem się w ciemnym pomieszczeniu, wciąż czując ból w tylnej części czaszki. Był silny, więc ktokolwiek mnie zaatakował, na pewno użył czegoś więcej, niż pięści. Stawiałem na jakiś kij bejsbolowy, ewentualnie łom. Odruchowo uniosłem ręce, by rozmasować bolące miejsce, ale szybko się okazało, że i one nie są na tyle sprawne, na ile być powinny. Mięśnie były napięte jak struny i drżały, jakby ktoś bardzo brutalnie zagrał na nich Highway to Hell, więc nie mogłem wykonać jakiegokolwiek w pełni kontrolowanego ruchu. Powieki miałem ciężkie, mimo wielkich chęci rozejrzenia się dokoła, one wciąż opadały w dół, zupełnie jakby ważyły kilkadziesiąt kilogramów. Kiedy udawało mi się unieść je na tyle, by móc cokolwiek zobaczyć, zmysły zaczynały płatać mi figle. Miałem wrażenie, że jakaś postać przede mną pojawiała się, a w następnej sekundzie znikała, zostawiając za sobą tylko mglistą poświatę. Czułem się trochę jak po zmieszaniu przynajmniej trzech rodzajów prochów, a nie pamiętałem, żebym brał. W zasadzie od momentu wyjścia od Burkesa miałem w głowie czarną dziurę. Nie wiedziałem, gdzie byłem, co działo się wcześniej ani kto mnie tu przyciągnął. Choćbym niewiadomo jak się wysilał, próby przypomnienia sobie czegokolwiek były na nic.
― Halo? ― wychrypiałem. Mój głos odbił się echem od betonowych ścian. ― Halo! ― powtórzyłem, tym razem głośniej. Znów nie usłyszałem odpowiedzi. Skłamałbym, gdybym powiedział, że się tym przejąłem. Było mi skrajnie obojętne, czy kogoś tu spotkam. Gdyby jednak ktoś się pojawił, musiałbym z góry założyć kolejne starcie ― raczej nie liczyłem na to, że oprawca przyjdzie tutaj po to, by pogłaskać po czółku i zapytać jak się czuję ― a na takowe nie byłem fizycznie gotów. Zatem czas działał na moją korzyść. Im dłużej pozostawałem sam, tym większe szanse miałem na regenerację.
Z niemałym trudem spróbowałem się podnieść i oprzeć o zimny mur. Powiedzmy sobie, że nie była to wygodna sofa w pięciogwiazdkowym fotelu, ale nie narzekałem. Moje oczy powoli zaczynały ze mną współpracować i utrzymanie powiek przestało stanowić tak duży problem. Wreszcie mogłem się przyjrzeć miejscu, w którym się znajdowałem. W zasadzie pomieszczenie było puste ― żadnych mebli, żadnych przedmiotów, nic. Nagle poczułem się jak kilkanaście lat temu, gdy miałem ospę i czekając na lekarza, musiałem siedzieć w izolatce. Było prawie tak samo, z taką różnicą, że tam w rogu stała kozetka. Ale tutaj najwyraźniej nie zasłużyłem sobie na takie luksusy.
Na przeciw mnie były drzwi. Nieduże, metalowe, na pewno nie do wyłamania, co trochę mnie zasmuciło. Gdybym tylko zdołał się do nich doczołgać, sprawdziłbym czy jest jakakolwiek możliwość otworzenia ich od środka. Najpierw jednak drżącą ręką pomacałem tylną kieszeń, by sprawdzić czy mam portfel, a w nim spinacz. Ktoś by zapytał, po cholerę mi spinacz? A no okazuje się, że taka mała rzecz mogła naprawdę pomóc. Nie raz otwierałem nim kłódki do barków z alkoholami czy zamki w drzwiach. Miałem cichą nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedzie. Musiałem jednak odczekać i opanować drżenie dłoni, bo prędzej wystukałbym cały alfabet Braila na tych drzwiach, nim je otworzył.
Niezwykle upokarzające było dla mnie to, że moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Przysuwało mi to na myśl moment, w którym okazałem się zbyt słaby, by zareagować jak prawdziwy mężczyzna. A zdarzyło się to jeszcze za czasów liceum, gdy znalazłem swojego ojca martwego na poddaszu.
Pamiętam dokładnie ten dzień, zupełnie jakby to wydarzyło się wczoraj, a nie dziesięć lat wcześniej. Byłem zdenerwowany, bo starsza siostra wciąż gęgała mi nad uchem, że powinienem wziąć się w garść, w końcu za miesiąc czeka mnie matura. Ale czym była matura wobec śmierci mamy? Gdy dowiedziałem się, że pijany kierowca wjechał w nią, gdy wracała do domu ze sklepu, załamałem się. To ja miałem do niego iść, bo prosiła mnie o to kilka razy. Ale wciąż mówiłem "zaraz", bo gra była ważniejsza. Zatem kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwiami, nie kryłem zadowolenia z faktu, że mnie wyręczyła, a ja w spokoju będę mógł dokończyć rozgrywkę. Kilkanaście minut później usłyszałem wycie syren i już wiedziałem, że stało się coś złego.
To nie ona miała zginąć! Nie mogłem przestać obarczać się winą, choć wszyscy dokoła powtarzali mi, że nie miałem z tym przecież nic wspólnego. Wtedy nie dopuszczałem do siebie nawet myśli, że mają rację.
Miałem wrażenie, że nikt nie rozumiał tego, jak się czułem. A już w szczególności Emily, której priorytetem było to, bym zdał jakiś chory egzamin. Teraz wiem, że moja siostra po prostu nie chciała, by śmierć mamy zrujnowała i moje życie. Dbała o mnie, pomagała w nauce, rozmawiała, była najlepszą starszą siostrą, jaką tylko mogłem sobie wymarzyć. Ból po stracie odłożyła na bok ― w przeciwieństwie do taty i mnie ― by jakoś utrzymać dom i zaopiekować się dwójką facetów zachowujących się jak dzieci. Ale wtedy tego nie dostrzegałem; raz po raz naskakiwałem na nią, rzucając obleśnymi wyzwiskami, bo zachowywała się normalnie, nie jak osoba, która właśnie straciła matkę. Tak było i tego feralnego dnia. Pokłóciliśmy się, a ja wściekły pobiegłem na poddasze, w miejsce, które służyło za mój schowek jeszcze za czasów malucha. Potrzebowałem samotności, by ukoić zszargane nerwy. Gdy tylko otworzyłem drzwi,  ujrzałem tatę, który wisiał bez ruchu na linie zamocowanej na jednej z drewnianych bel. Był cały zsiniały, a jego oczy puste, pozbawione jakichkolwiek emocji. Na jego policzkach wciąż można było dostrzec ścieżki wydrążone przez łzy. Zacząłem krzyczeć. Wiedziałem, że muszę go stamtąd zdjąć, całym sobą chciałem go uratować, ale nie mogłem się ruszyć. Zupełnie jakby mnie sparaliżowało. Więc stałem tak, zanosząc się płaczem, aż w końcu przybiegła Emily. Potem wszystko potoczyło się szybko. Policja, karetka, przesłuchania, w końcu pogrzeb.
Z mojego gardła mimowolnie wydało się głośne westchnięcie. Nie lubiłem wracać do mojego starego życia i wcale nie dlatego, że wciąż sprawiało mi to ból. O nie, już dawno pogodziłem się z tym, że bliscy mi ludzie odeszli. Chodziło o coś zupełnie innego ― o osobę, którą byłem. O Samuela Lewisa, grzecznego ucznia drugiej klasy liceum o profilu prawniczym. Wstydziłem się tego, jak słaby wtedy byłem, jak łatwo można było mnie zmanipulować i wystraszyć. Gdybym miał znaleźć jakieś określenie pasujące do mnie sprzed dziesięciu lat, pierwszym przychodzącym mi na myśl byłoby "cipa".
Czułem, że drżenie w lewej dłoni powoli ustaje. Ból w potylicy też słabł i wziąłem to za dobry znak. Wyciągnąłem z tylnej kieszeni portfel, a z niego spinacz wsadzony w najmniejszą przegródkę, w której na pewno nie zmieściłaby się żadna karta. Palcami, jeszcze nie do końca sprawnymi, ledwo rozprostowałem drucik i zacząłem czołgać się do drzwi. Zamek był dość cienki, ale nie na tyle, by spinacz się w nim nie zmieścił. Ukląkłem tak, że moje czoło stykało się z wajchą stanowiącą klamkę. Gdyby ktoś gwałtownie pchnął teraz drzwi, zafundowałby mi niezłego guza. Precyzyjnym ruchem wsunąłem drucik w bębenek i płynnie pokręciłem w jedną i drugą stronę. Całe szczęście, że to nie był jeden z tych nowszych zamków, które miały miliony systemów zabezpieczających przed wytrychami.
Po chwili usłyszałem charakterystyczne kliknięcie i uśmiech mimowolnie zawitał na mojej twarzy. Nie czując już bólu ani drżenia, uniosłem się i najciszej, jak tylko mogłem, opuściłem pomieszczenie. Wolałem nie ryzykować przyłapania.  Jeden Bóg wiedział, kto i w jakim celu mnie tu władował.
Korytarz, którym szedłem, przypominał loch. Był wąski, a ściany zimne i wilgotne. Zapach też nie był najprzyjemniejszy, i mówiłem to ja ― osoba, która na co dzień żyła w syfie i smrodzie. Nie słyszałem żadnych głosów ani nawet kroków, co oznaczało, że jestem tu sam. Szedłem więc przed siebie, zastanawiając się, co spotka mnie na zewnątrz.
Nagle, ni stąd ni zowąd, przede mną zmaterializowała się dziewczyna. Stanąłem jak wyryty, nawet nie próbując kryć swojego zdziwienia. Omiotłem ją szybkim spojrzeniem i wtedy uświadomiłem sobie, że już ją widziałem. Nie miała już co prawda tych charakterystycznych płomiennych loków, ale delikatne rysy jej twarzy i lazurowe oczy świadczyły o tym, że to wciąż ta sama osoba.
― Wtedy pod restauracją wyglądałeś o niebo lepiej. ― Wykrzywiła usta, dokładnie się mi przyglądając. Ręce skrzyżowała na piersiach.
― Ty też. Pasowały ci rude włosy. ― Wyszczerzyłem zęby w nonszalanckim uśmiechu, co wyraźnie zdenerwowało dziewczynę. Zacisnęła usta w cienką linię i zmrużyła oczy. Wcale nie wyglądała groźnie, choć pewnie taki chciała uzyskać efekt.
― Nie jesteśmy tu po to, by sobie żartować ― rzuciła ostro. ― Widzę, że trochę cię nie doceniłam. ― To chyba miała być aluzja do tego, że wydostałem się z tej cholernej izolatki. ― Nie szkodzi. Wybierzemy inną celę, a tam opowiesz mi, co stało się ze mną i Bradem na Hanover Street. I to wcale nie jest prośba.
Prychnąłem. Mimo pozornie władczego tonu, nie była zbyt pewna siebie ― zakładałem, że dręczyły ją kompleksy; dużo już widziałem takich jak ona, zbyt dużo, by postawić mylną diagnozę.  
― A co, jeśli się nie zgodzę? ― zapytałem, unosząc jedną brew. Dziewczyna zmieszała się, a jej policzki przybrały odcień purpury. Najwyraźniej nie wzięła pod uwagę takiej możliwości. To również potwierdzało moje spostrzeżenie. Gdyby faktycznie była tak twarda, na jaką próbowała się kreować, moja reakcja nie wpędziłaby jej w takie zakłopotanie.
― A właśnie, że się zgodzisz, bo ze mną się nie dyskutuje! ― krzyknęła. Była bardzo emocjonalna, a to działało na jej niekorzyść. Traktowanie jej jako zagrożenie to ostatnie, o czym mógłbym pomyśleć.
― Kochanie, chętnie zostałbym chwilę dłużej, ale mam ważne sprawy do załatwienia ― powiedziałem spokojnie, zupełnie ignorując jej wcześniejsze słowa. Ręką odsunąłem ją na bok i bez problemu przeszedłem dalej. Przez chwilę zastanawiałem się, jak zareaguje na takie znieważenie. Zacznie histeryzować, złościć się czy spróbuje ustawić mnie do pionu? Jej zachowanie przywodziło mi na myśl jedną feministkę, którą miałem kiedyś wątpliwą przyjemność poznać.
Nie zdążyłem dotrzeć do końca korytarza, gdy poczułem silny uścisk na ramieniu. Zbyt silny, jak na tak drobną dziewczynę. Chciałem się odwrócić, ale gwałtowny ruch spowodował promieniujący ból w okolicach karku i w efekcie stałem z głową na wpół zwróconą w stronę ściany, starając sięgnąć ręką do obolałego miejsca. Skutecznie zostało mi to utrudnione, bo dziewczyna strąciła moją dłoń, jednocześnie jeszcze silniej zaciskając swoją. Wbijała mi kościste palce w zagłębienie obojczyka i chcąc nie chcąc, ugięły mi się kolana, jakby na moich barkach spoczywało sto kilogramów żelastwa. Nie krzyknąłem ― miałem jeszcze jakąś godność ― choć z mojego gardła zaczynały wydobywać się niebezpiecznie piskliwe jęki, ale na tyle ciche, że miałem nadzieję, iż słyszałem je tylko ja.
― Albo będziesz ze mną współpracować, albo zaboli bardziej ― rzuciła ze złością, a ja nienawistnie spojrzałem jej prosto w oczy. Były trochę inne, niż wtedy, gdy ujrzałem je pierwszy raz. Źrenice miała rozszerzone do granic możliwości ― prawie stykały się z ramówką tęczówek ― a były przy tym tak czarne, że mogłem przysiąc, iż w życiu się z takimi nie spotkałem. Widziałem w nich swoje odbicie i to bardzo dokładnie; zupełnie jakbym przeglądał się w lustrze, ale mniejszym i o ciemniejszym szkle.
― Kim Ty, do cholery, jesteś? ― syknąłem bardziej do siebie, niż do niej. Jej nienaturalna siła i oczy, które będą mnie prześladowały nocami, wskazywałyby na to, że ma w sobie jakiś wyjątkowy pierwiastek, którego nie posiadałem chociażby ja.
― Miałam nadzieję, że Ty mi to wyjaśnisz ― odrzekła już nie tak agresywnie; była bardziej zawiedzona, aniżeli zła. Nie spodziewałem się jej odpowiedzi, zaskoczyła mnie.
Nie potrafiłem zrozumieć tej dziewczyny. Najpierw zachowywała się jak wariatka, potem się wściekała, aby na samym końcu pokazać rozczarowanie i swojego rodzaju smutek. Od zawsze wiedziałem, że kobiety stanowią zagadkę, której nie zdołałby rozwiązać nawet najznamienitszy detektyw, ale nie sądziłem, że jest z nimi aż tak źle.
― Słuchaj, naprawdę nie uśmiecha mi się tu siedzieć, mam swoje życie i swoje rzeczy do zrobienia, więc z łaski swojej, wyrzuć wreszcie to co ci leży na sercu, dobry wujcio Sam cię wysłucha, a potem rozejdziemy się, każde w swoją stronę, i już nigdy się nie spotkamy ― powiedziałem wreszcie, doskonale czując jej paznokcie przebijające warstwę moich ubrań.
― Obawiam się, że to niemożliwe. Wyjaśnimy sobie kilka rzeczy, a potem zastanowię się, co z tobą zrobię. Mam teraz tyle możliwości. ― Wydawało mi się, czy przy ostatnim zdaniu trochę się rozmarzyła? Mimowolnie w swojej głowie ujrzałem samego siebie przywiązanego do łóżka i ją tańczącą na rurze. Nie byłem pewien, czy powinno mnie to obrzydzić czy raczej zadowolić. W sumie była kobietą jak każda inna, z tym tylko szczegółem, że miała o wiele więcej siły ode mnie i pazury, którymi podczas seksu z łatwością rozcięłaby mi plecy; nie powinienem jednak wybrzydzać. W porę uprzytomniłem sobie, że jej chyba nie do końca chodziło o takie możliwości.
Westchnąłem. Nie miałem pojęcia, dlaczego się jej podporządkowałem ― nie miałem w zwyczaju tego robić. To jakby coś wewnątrz mnie, mimo mojego sprzeciwu, nakazywało mi iść za dziewczyną, poznać ją i odkryć jej tajemnice. Gdy zrozumiała, że już nie będę protestować, siłą (najwyraźniej wciąż mi nie ufała) pokierowała mnie do innej celi, która była tak samo ponura, jak poprzednia. Rozłożyłem się pod ścianą, krzyżując nogi, a ona stała nade mną z założonymi na piersi rękoma.
― No, czekam ― rzuciłem, wbijając w nią wzrok.
Przestąpiła z nogi na nogę, zanim cokolwiek z siebie wykrzesała.
― Powiedz mi, co się stało pod restauracją ― nakazała, a ja zarechotałem. Co miałem jej odpowiedzieć? Przecież przyszedłem tam pod sam koniec.
― W zasadzie stało się tam wiele rzeczy lepszych i gorszych. Ostatnio trochę się pobiliśmy z kumplem, potem... ― Chciałem kontynuować, ale dziewczyna kopnęła mnie w kostkę, pokazując swoje zniecierpliwienie.
― Nie to chcę wiedzieć.
― A co? Pojawiasz się tu jak pieprzona czarownica, w rękach masz siłę strongmana, nawet nie raczysz wspomnieć, kim w ogóle jesteś i na sam koniec mam wrażenie, że oskarżasz mnie o coś, o czym nie mam zielonego pojęcia ― warknąłem, rzucając jej ostre spojrzenie.
Wzięła głęboki wdech, po czym ze świstem wypuściła powietrze i przemierzyła dwa razy całą szerokość pomieszczenia. Echo jej kroków odbijało się od kamiennych murów i miałem nieodparte wrażenie, że zamiast cichnąć, nasilało się, boleśnie wywiercając mi dziury w bębenkach.
― Jestem Victoria i jestem równie zaskoczona swoim stanem, co Ty. Od dwóch dni czuję się dziwnie nienaturalnie, a wszystko zaczęło się właśnie pod Casablanką. Byłeś tam, widziałeś mnie. Opowiedz mi o tym. ― Teraz to nie był nakaz, a raczej prośba. Vicky najwyraźniej miała mętlik w głowie i jeszcze nie do końca wiedziała, jak powinna mnie traktować. Łagodniała, widziałem to w jej oczach. Nie były już całe czarne, mogłem dostrzec ten szmaragdowy kolor, który niedawno sprawił, że po plecach przebiegły mi ciarki.
― Trzymasz mnie tu od dwóch dni? Halo, kobieto, czy ty aby na pewno jesteś normalna?
― Daruj sobie.
― Dobra, dobra. Pod Casablanką zjawiłem się na chwilę przed tym, jak wyciągnęli cię z worka. I, nie chwaląc się, to ja się zorientowałem, że żyjesz. Gdyby nie moja reakcja, pewnie w końcu byś się udusiła w tej folii. Harold powiedział, że to było podwójne morderstwo mniej więcej na godzinę przed tym, jak się pojawiłem. To ty powinnaś pamiętać, co się stało, a nie ja.
― Ale nie pamiętam, właśnie w tym rzecz, że nie pamiętam nic aż do momentu, w którym się obudziłam i stało nade mną tyle ludzi. Rozumiesz? Dlatego tu jesteś. Bo chcę, żebyś pomógł mi wyjaśnić, co się stało z Bradem. Co cały czas dzieje się ze mną ― wyrzuciła z siebie jednym tchem. Kiedy wymieniała imię tego faceta, zadrżał jej głos. Musiał być kimś dla niej bliskim.
― Od takich rzeczy jest policja, a nie miejscowi degeneraci ― skarciłem ją, choć w gruncie rzeczy nawet schlebiał fakt, że to do mnie zwróciła się o pomoc. Niekoniecznie pochwalałem sposób, w jaki to zrobiła, ale sam pewnie nie wymyśliłbym niczego lepszego.
Spojrzała na mnie jak na idiotę, na co wzruszyłem ramionami.
― Wyjaśnimy to na własną rękę, nie zaufam tym ludziom, jeśli są tak niekompetentni co ci spod restauracji.
Chociaż w jednym się zgadzaliśmy.
― Zgoda. Ale potem nie chcę już o tobie słyszeć.
Victoria kiwnęła głową na zgodę.

Świeżo skończony rozdział, jeszcze niesprawdzony. Zabiorę się za to jutro, bo dziś już nie mam siły. Skopałam końcówkę, wiem. Być może kiedyś najdzie mnie potrzeba napisania jej jeszcze raz. Dziękuję za komentarze pod jedynką! Mam nadzieję, że jeszcze tu wpadniecie. Trzymajcie się! :)